Menu

»

Spływ Szlakiem Krutyni - w dzikim tłumie, czy w kajakowej samotni? Co wybierzesz?

Myślałam, że legendy o spływie Krutynią, to tylko legendy. Nie sądziłam, że tuż obok prawie bezludnego odcinka znajdę taki, który mogłabym nazwać hałaśliwą, kajakową autostradą. Dopóki nie przeżyłam tego na własnej skórze. Dobrzy ludzie odradzali nam spływ najbardziej komercyjnym 13-kilometrowym odcinkiem rzeki od wsi Krutyń do Ukty. Łapali się za głowę, gdy mówiliśmy, że zrobimy to w sezonie, w najbardziej oblegany dzień (niedziela) i w najpiękniejszą z możliwej pogody. Ale my właśnie chcieliśmy TO zobaczyć. Te tłumy, które potrafią pół godziny czekać na brzegu, żeby zwodować kajak i popłynąć nim tym konkretnym odcinkiem rzeki. Na miejscu okazało się, że dziś “i tak jeszcze było luźno”. Pomimo tego, widzieliśmy na Krutyni dziesiątki, jeśli nie setki kajaków mieniących się wszystkimi kolorami tęczy.

Dotykanie zabronione

Szlak Kajakowy Rzeki Krutyni to nie tylko gwarny odcinek Krutyń-Ukta. Cały szlak ma ponad 100 kilometrów długości, a na jego przepłynięcie potrzeba kilku dni. Posłuchaliśmy rady Doroty z pierwszej stanicy na szlaku i sprawdziliśmy jak wygląda pierwszy odcinek od Sorkwit do Bieniek. Dla odmiany ten odcinek wyglądał tak, jakby w życiu nie widział kajaka. Przepływaliśmy samotnie przez kolejne strugi i jeziora i było to magiczne uczucie. Bo byliśmy tylko my, kajak i perkozy. A wokół cisza, chmury odbijające się w tafli jeziora i drzewa pochylające się na przeciwległych brzegach. I my właśnie taki szlak Krutyni zapamiętamy.

Krutyń-Ukta to nie wszystko. Szlak Rzeki Krutyni ma ponad 100 km długości

Cały Szlak Krutyni ma ponad 100 kilometrów. Ciągnie się od jeziora Warpuńskiego niedaleko Sorkwit, do miejscowości Ruciane-Nida w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich, ale wyczynowcy potrafią nim dopłynąć nawet do Pisza. W większości składa się z jezior połączonych strugami, a Krutynia, to tylko fragment szlaku, który nazwę wziął właśnie od tego 26-kilometrowego kawałka rzeki.

Okazuje się, że mało osób wie, że Szlak Krutyni rozciąga się daleko przed wsią Krutyń i daleko za wsią Ukty. Wszyscy ochoczo wykorzystują do granic możliwości 13-kilometrowy kawałek. Zaczynają w jednej z przystani we wsi Krutyń i kończą zawsze w tym samym miejscu - przy moście w Ukcie. Być może nie wiedzą, że na szlaku jest aż 10 stanic wodnych, w których można dowolnie zacząć lub zakończyć spływ. My też nie wiedzieliśmy. Za mało się o tym mówi.

Dziś, niezależnie od przyczyn, fragment szlaku Krutyń - Ukta jest tak popularny, że wygląda jak wielka, głośna kajakowa autostrada. Włączyć się w jej nurt było niezwykłym przeżyciem.


(Źródło: Mapa ze strony internetowej Stanicy PTTK w Sorkwitach)

Odcinek Krutyń-Ukta to najbardziej zatłoczona kajakowa autostrada w Polsce

Podobno dziesiątki kajaków to nic spektakularnego, bo już w latach 70-tych znane tu były spływy na 300 i więcej kajaków. Do Sorkwit dojeżdżał pociąg, skąd wysypywali się turyści. Raźno maszerowali prosto nad wodę i tam rozpoczynali swoją eskapadę. To była prawdziwa społeczność, klan, plemię. Ludzie się poznawali, podrywali, pobierali. Było gwarno i wesoło. Podobno dzisiejsze spływy Krutyń-Ukta to tylko namiastka tego, co kiedyś się tu działo. Ale ja po prostu nie potrafię sobie tego wyobrazić…

Na odcinku Krutyń-Ukta widziałam cały przekrój społeczeństwa. Pary, rodziny z dziećmi i bez, ludzie z psami, kajaki na jedną, dwie, trzy czy cztery osoby. Kajaki, które łączyły się ze sobą i płynęły tak zwaną ławą - po dwa, trzy, cztery. Emeryci, którzy zatrzymywali się na zakręcie, łączyli kajaki i prowadzili ożywione dyskusje. Panowie, którzy gdy tylko wsiedli do kajaka, odkładali wiosło i generowali takie charakterystyczne “pssst”, “pssst”. Panie, które gdy tylko wsiadały do kajaka, wykładały nogi na zewnątrz i przyjmowały pozę “wieź mnie”. Wszystko to rozgadane, barwne, kolorowe, otyłe, chude, rude, piegowate, opalone, nasmarowane, muskularne, pachnące, przeklinające, gwarne. 

Na kajakach na Krutyni toczy się prawdziwe życie. On i ona w kajaku. Ona się stara, on do niej “gdzie płyniesz”, “tak nie wiosłuj”, “szybciej”, “wolniej”, “w prawo”, “w lewo”. “Laura, mówiłem ci - odbij!”. “Ej, nie machaj tak, bo chlapiesz”. “Halo, Jola? Tam w dużym pokoju na stole stoi ten wazon z różami…”. “Mówiłam ci, żebyś się nasmarował, teraz się spalisz”. “Podaj mi kanapkę.” “Podaj mi piwo”. “Podaj mi dziecko”.


"Panie, daj Pan piątaka to pomożemy"

Ciekawe było obserwowanie społecznych zachowań. Ale jeszcze ciekawsze było w nich uczestniczenie. Kiedy przy starym młynie trzeba było przenieść kajak, zanim jeszcze dobrze się zwodował, już chwytali go nosiciele i chcieli lokować na wózku typu “przenoska tylko 5 zł”. I tu ponownie naród dzielił się na tych co to “co ja się będę męczył, jak za piątaka mi przewiozą” oraz na tych “co ja mam wydawać piątaka, jak sam mogę przenieść - Halinka, złap tam za przód i przeniesiemy.” Ale byli i tacy, co podchodzili i mówili “Panie, pomóż mi pan przenieść kajak, a ja panu pomogę.” I tak łącząc się w pary i ulegając wymianie handlowej dziesiątki kajaków w kilka chwil było transportowanych na drugą stronę przeszkody. I korowód kolorowych wioseł mógł dalej pokonywać płytki i spokojny nurt rzeki.

Płynęliśmy w tłumie, w hałasie, w papierosowym dymie. W wodzie mijały nas na zmianę papierosowe pety, potem plastikowa butelka, potem zdziwiony łabędź. Szkoda było mi tylko tych ptaków, które ochraniały swoje młode, ledwo co opierzone potomstwo. Ale atmosfera na kajakach była swobodna. Ludzie śmiali się, żartowali, zatrzymywali na brzegu, żeby zapalić grilla. Bardziej przypominało to piknik na wodzie niż prawdziwy spływ.

I wszyscy, jak jeden mąż, dążyli w jedno magiczne miejsce - był nim most w Ukcie. Tam, niczym wezbrana fala, kajaki zatrzymywały się jeden przy drugim, karnie czekając na swoją kolej wyjścia na ląd. I znowu widzieliśmy ich dziesiątki lub setki w jednym miejscu.


Po drugiej stronie lustra

Wśród wielu kolorowych tablic pokazujących miejsca odbioru kajaków od prywatnych firm nie widzieliśmy nigdzie znaczka PTTK. Więc popłynęliśmy dalej, do stanicy, która okazała się być kilometr dalej. I nagle, niczym za dotknięciem magicznej różdżki, gdy tylko minęliśmy most w Ukcie, znaleźliśmy się po drugiej stronie lustra. Dawno już nie słyszałam takiej ciszy. Chłonęliśmy ją. Oddychaliśmy swobodniej. Nasze mięśnie i umysły odprężały się. Przed nami płynęły dwa kajaki, należące do rodziny z dwójką małych dzieci. Poza tym - nikogo. Chcieliśmy tak płynąć jeszcze całe kilometry, ale za zakrętem ukazał się kres naszej podróży. Wysiedliśmy przy stanicy. Gdybyśmy mieli tylko więcej sił to chętnie popłynęlibyśmy dalej do kolejnej stanicy PTTK w Nowym Moście (dodatkowe 6 km)

Spływ odcinkiem Krutyń-Ukta to było coś, co bardzo chcieliśmy przeżyć. Przypomina on wejście do Wieliczki - warto to zrobić, ale tylko raz. Dla mnie to fenomen społeczny. Jeszcze do końca go nie rozumiem, ale staram się nie oceniać.

Bo może ludzie lubią być blisko ze sobą? Może potrzebują tłoku, hałasu, innych ludzi, aby wypocząć. Może myślą, że jest to najłatwiejszy spływ do tego, żeby zacząć kajakowanie z dziećmi? Może niektórzy z nich byli tu pierwszy raz i też by więcej nie chcieli?

Ponoć ruch w dniu,w którym płynęliśmy nie był taki duży. Nie zastanawiam się nawet, co to oznacza “duży ruch na Krutyni”. Tak czy inaczej, to co chciałam, przeżyłam. Na szczęście nie są to jedyne przeżycia, które zapamiętam ze spływu Szlakiem Krutyni. Posłuchaliśmy bowiem dobrej rady i odkryliśmy drugie oblicze Krutyni.


Przyjedź do Sorkwit. Odkryj prawdziwy Szlak Krutyni.

Dokładnie tydzień po naszej eskapadzie najbardziej komercyjnym fragmentem szlaku Krutyni, w kolejną niedzielę, daliśmy się namówić Dorocie Ramotowskiej ze Stanicy wodnej PTTK Sorkwity na spróbowanie prawdziwego spływu i wtopienie się w prawdziwe Mazury. Przez cały tydzień nie mogliśmy się doczekać porównania. W kolejną niedzielę z samego rana byliśmy już u Doroty i z całym ekwipunkiem zwodowaliśmy się na Jezioro Lampackie.


Tylko my, kajak i ptaki przez 16 kilometrów.

Na odcinku Sorkwity - Bieńki odkryłam kolejny społeczny fenomen. Polegał on na tym, że gdy tylko wypłynęliśmy na jezioro, wokół nie dostrzegłam ani jednego człowieka. Żadnego. Nawet jednego. To wrażenie nie opuściło nas do samego końca 5-godzinnej wyprawy aż do Stanicy wodnej PTTK Bieńki. Nie mogłam w to uwierzyć!

Jaka siła ciągnie tych wszystkich ludzi na trasę Krutyń-Ukta, podczas gdy kawałek wyżej mają dla siebie cały raj jak go Pan Bóg stworzył? Maciej wysunął tezę, że to wina jeziora. A raczej całego ich ciągu, który trzeba pokonać żeby przepłynąć te 16 kilometrów do Bieniek.

Onieśmieliły mnie pierwsze ruchy wioseł na Jeziorze Lampackim. To dlatego, że nigdy nie pływałam kajakiem po jeziorze. Tym bardziej po dużym jeziorze. Na jego środku kajak wydał mi się nieco mniej stabilny niż na nurcie rzeki, choć wiedza i nauka pewnie tego nie potwierdzają. Potem przekonaliśmy się z Maćkiem, że pływanie kajakiem po rzece ma tę zaletę, że nurt prawie sam niesie, a jezioro nie jest już takie łaskawe. Wystarczy na chwilę przestać wiosłować, a kajak się zatrzymuje. Po prostu przestaje się ruszać i już. Chyba, że przyjdzie wiatr i popchnie go do brzegu. Czy ta jedna mała niedogodność sprawia, że ludzie rezygnują z luksusu i ekskluzywnego spokoju, za który wielu w dzisiejszych czasach jest w stanie dużo zapłacić?


Ekskluzywny spokój na pokładzie kajaka

Fragment szlaku, którym płynęliśmy, to seria jezior połączonych ze sobą strugami. Kiedy przepływaliśmy z jednego jeziora na drugie, czuliśmy się jak badacze eksplorujący dziewicze wody mazurskich akwenów. Niektóre przejścia wręcz trudno było znaleźć, tak były poukrywane. Miało to swoje zalety.

Ptaki, które prawdopodobnie człowieka widzą tu tak często jak Somalijczyk płatki śniegu, czuły się jakby bardziej ośmielone. Przez całą drogę towarzyszyły nam różne stada perkozów. Najśmieszniejsze były ich młode, które podróżowały na gapę na grzbiecie swojej mamy. Gdy we właściwym miejscu wykorzystaliśmy stabilny bezruch kajaka, dostrzegliśmy baraszkujące na brzegu wśród drzew dwa dzięcioły wielkie, startującą do lotu czaplę siwą i cały arsenał pomysłów rybitwy, która polowała na swoją zdobycz. To było tak nierealne i niesamowite, że przez chwilę czułam się jak bohaterka jakiegoś filmu przyrodniczego. Brakowało tylko głosu Krystyny Czubówny. Tymczasem to wszystko działo się naprawdę.

Wody jeziora rozpościerały się przed nami niezmącone. Ponieważ siedziałam z przodu kajaka, doskonale widziałam chmury odbijające się w tafli wody. Miałam wrażenie, że płynę przez te chmury. Wrażenie było tak realistyczne, że od czasu do czasu musiałam spojrzeć na brzeg, żeby złapać kontekst. Cisza dookoła świdrowała w głowie. Słychać było tylko pokrzykiwania ptaków. Oddychałam pełną piersią i chłonęłam widoki jak lemoniadę w upalny dzień. Ponieważ nic się nie działo, bez trudu mogliśmy często wyciągać aparaty i robić zdjęcia.

Niespodzianka na szlaku: płycizna na Sobiepance

Ten spokój i pozorną nudę przerwała nam tylko rzeka Sobiepanka. Rzeka była tak płytka, że Maciej musiał zsiąść z kajaka, aby go przeciągnąć. Co prawda gdy tylko stanął na nogi, lekki kajak ze mną w środku od razu zaczął sobie radzić i płynąć swobodnie. Po chwili jednak nawet mój ciężar okazał się dla niego przytłaczający. To był ten moment gdzie zaznaliśmy kawałka cienia wśród drzew i gdzie straszliwie pogryzłyby nas komary, gdybyśmy nie byli przygotowani na tę nierówną walkę. Dzięki środkowi odstraszającemu komary pogryzły nas tylko trochę, a zabawę z przepychaniem kajaka zapamiętamy na długo.


Dwa miejsca zakończenia spływu: w Grabowie lub w Bieńkach

Płynęliśmy, płynęliśmy i gdy dotarliśmy do Grabowa – najbliższego miejsca po 10 kilometrach, skąd mogliśmy być odebrani, stwierdziliśmy, że jeszcze nam mało. Mieliśmy siły i chęci, aby przepłynąć kolejne 6 kilometrów do stanicy w Bieńkach. Gdy wysiedliśmy na brzeg i spojrzeliśmy na zegarek, szybko policzyliśmy, że tym naprawdę wolnym, spacerowym krokiem płynęliśmy przez 4,5 godziny. Pokonaliśmy w tym czasie 16 kilometrów, w ogóle się przy tym nie męcząc. Choć cały czas musieliśmy machać wiosłami, ani wieczorem, ani następnego dnia, ani przez żaden z kolejnych dni w ogóle tego nie odczuliśmy.


Która Krutynia jest tą prawdziwą Krutynią?

Wprost trudno mi uwierzyć, że obie niedziele spędziliśmy na tym samym Szlaku Krutyni. Tłumny i gwarny odcinek Krutyń-Ukta w niczym nie przypominał spokojnego i pustego odcinka Sorkwity-Bieńki. Wniosek, jaki z tego wyciągnęłam jest taki, że aby dobrze poznać ten szlak, trzeba go zasmakować na różnych odcinkach. Pomaga w tym rozrzuconych po drodze 10 stanic wodnych PTTK. To wygodne i przystosowane dla turystów miejsca, gdzie można wynająć kajak na cały dzień za cenę ok. 45 zł.

Warto więc popróbować, nie ograniczając się tylko do jednego fragmentu. Jeśli o mnie chodzi, chętnie sprawdziłabym jeszcze inne - ponoć bezludne - odcinki z Ukty do Nowego Mostu i do Rucianego-Nidy. Jak zachwala za Karolem Małkiem przewodnik „Szlak Krutyni. Kajakiem-Rowerem-Pieszo”:
„Kto nie widział Krutyni, ten nie widział Mazur.” 
Ja bym dodała, żeby pamiętać, że Szlak Krutyni, to nie tylko Krutynia na odcinku Krutyń-Ukta. To także jeziora i strugi, wśród których turysta sam wybiera, jaki odpoczynek lubi najbardziej.

Dla mnie wybór jest jasny.

A dla Ciebie?

Podoba Ci się ta relacja? Podaj dalej :)

Nasze przewodniki i relacje z wycieczek po Polsce piszemy specjalnie dla Ciebie. Będzie nam bardzo miło jeśli podzielisz się Twoimi wspomnieniami z Krutyni w komentarzu na blogu lub na naszym Facebooku oraz gdy podasz tę relację dalej. Chcielibyśmy, żeby jeszcze więcej osób wiedziało, że znajdzie u nas sprawdzone pomysły na wycieczki po Polsce. Dziękujemy z góry za pomoc! :)

KOLEJNA RELACJA Starszy post

KOMENTARZE

Daj znać co myślisz :) Dodaj komentarz w polu poniżej lub przewiń w dół i skomentuj przez Facebooka.

Ruszaj w Drogę?

Czytasz największy blog podróżniczy o Polsce. Znajdziesz u nas ponad 400 pomysłów na wycieczki i pokażemy Ci gdzie pojechać i co warto zobaczyć w Polsce. Miejsca sprawdzamy i zwiedzamy osobiście. Polecamy spis A-Z ciekawych miejsc i wyszukiwarkę.

KASIA I MACIEJ MARCZEWSCY

Od ośmiu lat #wDrodze, a od pięciu prowadzimy największy blog podróżniczy o Polsce. Jesteśmy pozytywnie zakręceni na punkcie polskiej turystyki.

KLUB RUSZAJ W DROGĘ!

Prowadzimy prezentacje, warsztaty i spotkania podróżnicze. Opowiadamy o polskich regionach i dzielimy się naszymi pomysłami na podróże po Polsce.

FUNDACJA RUSZAJ W DROGĘ!

Promujemy polską turystykę w Polsce, pomagamy organizacjom turystycznym w dotarciu do nowych turystów i prowadzimy warsztaty branżowe.