Menu

» » » »

Skansen, który szokuje i wyznacza trendy: Muzeum we Wdzydzach Kiszewskich

Skansen we Wdzydzach Kiszewskich wszedł do awangardy polskiego muzealnictwa. Wyznacza trendy, szokuje tradycyjnych muzealników i sprawia, że turyści aż przebierają nóżkami, żeby zobaczyć wystawy. Co takiego wydarzyło się w Kaszubskim Parku Etnograficznym we Wdzydzach, że zatarło się w pamięci złe wrażenie, jakie to muzeum wywarło na nas kilka lat temu? Dlaczego miejsce, gdzie kiedyś było cicho, nic się nie działo, a osowiali przewodnicy siedzieli w nielicznych pootwieranych chatach zmieniło się tak bardzo, że dziś z czystym sumieniem możemy polecić je każdemu?

Kaszubski Park Etnograficzny we Wdzydzach - Muzeum do Zabawy

To zasługa dobrych pomysłów i odwagi w ich realizacji. Zapraszam Cię na wywiad z Iwoną Klinger, która oprowadzała nas po skansenie i dwóch fenomenalnych wystawach. Wystawy te pokazują, w którym kierunku powinno iść każde muzeum w Polsce. Ten wywiad to hołd dla pozytywnych zmian, które widzimy w polskim muzealnictwie oraz dla odważnych kobiet, które idą pod prąd, dzielnie walcząc z tradycjanolistami.

Właśnie realizuje się marzenie założycieli skansenu

Izydor i Teodora Gulgowscy zaczęli tworzyć pierwszy na ziemiach polskich skansen w 1906 roku, kiedy to we Wdzydzach Kiszewskich kupili 150-letnią chëcz (chatę) kaszubską i zaczęli w niej gromadzić eksponaty zebrane z okolicznych wsi. Ideą Gulgowskich było, aby było to żywe muzeum. Aby turyści do niego przychodzili i czuli się tu dobrze. Jeszcze w latach 70-tych, czyli wtedy, gdy skansen był już oficjalnie Kaszubskim Parkiem Etnograficznym i był własnością państwa polskiego, autorki „Bedekera Kaszubskiego” pisały, że założeniem jest, że

„młyn i wiatrak będą mełły zboże dla pieców chlebowych, w których będzie się wypiekało chleb wiejski i podpłomyki dla karczem oferującym turystom kaszubskie potrawy i napitki. W kuźni będzie pracował kowal – metaloplastyk, będą w skansenie warsztaty tkacki i plecionkarski, zespoły regionalne, kapele…”. 

Nie wiem, czy 50 lat później młyn miele zboże, ale na pewno kowal w warsztacie demonstruje swoje umiejętności, młynarz opowiada o pracy młyna, a raz na jakiś czas, na szczególne okazje, odpalana jest tu działająca lokomobila, i wtedy turyści mogą na przykład zobaczyć, jak się tnie drewno w tartaku. Do tego zarówno grupy turystów, jak i ci indywidualni, mogą brać udział w warsztatach z nauki kaszubskiego języka, haftu, robienia kwiatów z bibuły czy malowania na szkle.

Spacerując po skansenie zobaczysz tak proste, a przydatne rzeczy jak tabliczki informacyjne o spójnym designie, opiekunów obiektów poubieranych w stylizowane stroje, a nawet obrazki myszy przytwierdzone do listew na wystawie w starym spichlerzu. Wszak wiadomo, że każdy porządny spichlerz musiał mieć na stanie jakąś mysz. To pierwsze oznaki ukłonu, jaki w stronę turysty robi Kaszubski Park Etnograficzny. Ale kolejne dwa pomysły zainspirowały nas najbardziej.


Muzeum do zabawy i technika ambrotypii – udane eksperymenty na miarę XXI wieku 

Pierwszy eksperyment to interaktywna wystawa „Muzeum do zabawy?”, gdzie mali i duzi mogą się położyć w zabytkowym drewnianym łożu i przykryć prawdziwą kołdrą z gęsiego pierza. Na piętrze z kolei mogą zamienić się w małych odkrywców, którzy w sposób dostosowany do swojej percepcji dowiedzą się, kim byli państwo Gulgowscy, kto to jest etnograf i jakie rzeczy były ważne dla ich rówieśników 150 lat temu.

Drugi przykład to coś dla dorosłych pasjonatów fotografii. Pierwszy raz właśnie tutaj usłyszałam o technice ambrotypii. O jednym i drugim pomyśle muzeum rozmawiam z Iwoną Klinger – świetną przewodniczką, która ma cudownie trafne spojrzenie na swój fach, zmiany zachodzące w muzealnictwie i jest świetną reklamą swojej firmy. Zapraszam na wywiad.

Eksperyment nr 1: „Muzeum do zabawy?”. W którym kierunku idzie polskie muzealnictwo? 


Iwona: Wystawa „Muzeum do zabawy?” zlokalizowana jest na terenie parku w starym budynku z Osieka. To jest ta część muzeum, którą dzieci uwielbiają najbardziej. Tutaj też jest nasza opowieść o Izydorze i Teodorze Gulgowskich, ale pokazana w bardzo fajny sposób. Nie poprzez wykład, tylko tak, jak dziecko najbardziej lubi. Przez własnoręczne odkrywanie i doświadczanie. System szufladek jest po, żeby dziecko samo odkryło, co jest w tych szufladkach. Wykorzystywanie naturalnej ciekawości dziecka jest tutaj kluczowe. Dziecko też lubi być odkrywcą.

Kasia: Mam wrażenie, że każdy z nas lubi być odkrywcą.

Iwona: No tak, ale potem to zabijamy: „A co tam zaglądasz? A gdzie tam patrzysz? Nie oddychaj, bo się kurzy.” – i mamy muzeum w wersji przeszłej. Które tak naprawdę zamiast zaciekawiać, to troszkę zabija w nas tą ciekawość, a interesujące jest tylko dla „superfachowca”. Ja myślę, że ten nowy sposób narracji jest na miarę 21. wieku.

Kasia: Chciałabym, żeby takie muzeum było nie tylko dla dzieci, ale także dla dorosłych. Bo w każdym z nas jest dziecko i wydaje mi się, że to jest uniwersalny sposób poznawania świata.

Iwona: Tak. Oczywiście. Ja myślę, że to jest przyszłość muzeum, szczególnie muzeum tego typu – czyli skansenu, placówki na otwartym powietrzu. Ponieważ sam fakt, że znajdujemy się w pięknym plenerze, nad brzegiem jeziora, w lesie, w ogromnej przestrzeni, powoduje, że poza zaspokajaniem ubytków wiedzy lub ciekawości, jest to po prostu fajne miejsce do spędzenia czasu. Gdzie można przyjść z psem, z koszykiem piknikowym, z kocem. Uwielbiam takie scenki, gdy widzę rodzinę, która się gdzieś w cieniu pod drzewem rozkłada i tu bawi dzieciaczka, tu obok piesek sobie leży – bo do naszego skansenu można też przyjść z pieskiem!

Kasia: Co jeszcze szczególnego jest w takim sposobie narracji – przez doświadczenie?

Iwona: Jesteśmy przyjaźni osobom z autyzmem. Ponieważ to też są osoby, które potrzebują zrozumienia. I rolą edukatora, przewodnika, pracownika muzeum jest to, żeby znaleźć sposób na to, żeby dostarczyć również takim osobom jak najwięcej doświadczeń.

Kasia: Czy do osób z autyzmem dociera się właśnie poprzez dotyk, przez kolory?

Iwona: Głównie poprzez specjalny pedagogiczny sposób podejścia, czyli na przykład uprzedzanie o tym, co będzie. Scenariusz zajęć jest tworzony w taki sposób, że na przykład kiedy prowadzimy lekcje, mówimy: to jest glina, ona jest zimna i miękka. Kiedy ją dotkniesz, możesz poczuć chłód. Więc pozbywamy się strachu. Mówimy też o procesie, który będzie, żeby pokazać finał, pokazać koniec, ponieważ takie osoby nie mają ogromnej wyobraźni - one są bardzo racjonalne.

Kasia: Wasze muzeum jest w awangardzie polskich muzeów. Jakie są szanse na to, żeby inne muzea też się zaraziły tą koncepcją? Bo koncepcja jest fenomenalna. Uważam, że to jest coś wspaniałego, że w skansenie powstała taka wystawa jak „Muzeum do zabawy?”, na której każdy może położyć się w starym łóżku, przykryć się kołdrą z gęsich piór i poszperać w sypialnianej szafie.

Iwona: Myślę, że są to już trendy, a na pewno powinny być wszechobecne. Myślę, że to też wymaga ogromnej odwagi, żeby przeciwstawić się tej koncepcji muzeum, która chroni stare przedmioty i najlepiej pod klosz, nie dotykać, nie oddychać bo się kurzy, nie patrzeć się, nie zapalać, nie błyskać, bo nie. Znalezienie sposobu innej narracji to jest właśnie ten klucz. Doktor Katarzynie Kulikowskiej, dyrektorce muzeum, to się fantastycznie udało. Ona realizuje już następne wystawy, do obejrzenia których powoli już państwa zapraszam. Lada chwila zostanie otwarta następna wystawa „Wdzydzanie” poświęcona mieszkańcom wsi. A my tymczasem chodźmy teraz dalej, ale tak jak dziecko – przejdziemy przez tą mysią dziurę…


Dlaczego "Muzeum do zabawy?" jest takie fajne?

Muzeum do zabawy zorganizowane w domu z Osieka w skansenie we Wdzydzach Kiszewskich na pierwszy rzut oka wygląda jak prawdziwe muzeum. Na parterze są stylizowane stare pokoje, ze starym łóżkiem, starą szafą i starą lokówką do włosów. Różnica polega na tym, że do łóżka można się położyć, lokówką nakręcić sobie włosy, a z szafy wyciągnąć barchanowe gacie.

Tu wszystkiego można dotknąć i wszystko zrozumieć dzięki prostym komunikatom, którymi oznakowane są pomieszczenia i eksponaty. Piętro wygląda jak plac zabaw dla dzieci z prawdziwą mysią dziurą. Tam, na ekranach telewizorów ukrytych w wystających z ziemi tubach, współczesne dzieci opowiadają o idei muzeum i o tym, co dziś jest dla nich ważne, a co kiedyś może w muzeum się znaleźć. Na przykład ich lalki albo dzwonek do roweru.

Dzieci w formie zabawy dowiadują się tu co to jest muzeum, kim byli państwo Gulgowscy, kto to jest etnograf i jak wyglądają wzory kaszubskie nadrukowane na współczesne tenisówki. Dla rodziców wizyta w muzeum to chwila wytchnienia, bo ich pociechy są bez reszty zaangażowane w wyciąganie szufladek ze skarbami, a oni – dorośli – sami też mogą się tu czegoś ciekawego o muzeum dowiedzieć, lub położyć się do starego łóżka i przypomnieć sobie, że sami kiedyś byli takimi odkrywcami.



Eksperyment nr 2: Ambrotypia. Jak powstawała kolekcja takich fotografii? 

Kasia: Kim jest archeolog fotografii?

Iwona: To fotograf, który posługuje się XIX-wieczną techniką. Wówczas najbardziej popularną. Pasją jest teraz zrobić w tej technice fotografie, które są jakby fotografiami z epoki, które nigdy nie powstały. Dlaczego nie powstały? Bo fotografia była za droga. Archeologiem fotografii jest Radosław Brzozowski, twórca Trójmiejskiej Szkoły Fotografii, którego projekt właśnie oglądacie. Muzeum współpracowało przy jego realizacji.

Kasia: Na czym konkretnie polega technika ambrotypii?

Iwona: Jest to technika produkcji fotografii na szkle, która wywoływana jest od razu. Tu, gdzie na fotografii jest białe, to jest srebro, a tam gdzie jest czarne, to jest przezroczysta płyta. Żeby zobaczyć fotografię, trzeba od spodu podłożyć czarny papier. Kiedyś podkładano aksamit. Ja tutaj użyłam takiego specjalistycznego papieru bardzo pochłaniającego światło, żeby było dobrze widać. Bez tego papieru nic by na zdjęciu nie było widać – bo byłoby ono tylko białe i przezroczyste.

Kasia: Skąd wziął się pomysł na taką nietypową kolekcję?

Iwona: Chcieliśmy zrobić ślub kaszubski. Nie ma z tego okresu żadnych fotografii. Ale założyciel naszego muzeum, pan Izydor Gulgowski, napisał książkę w roku 1911 „O nieznanym ludzie w Niemczech”. Książkę wydano w języku niemieckim, bo wówczas był to język urzędowy, i dopiero po 100 latach została ona wydana w języku polskim. Tam jest rozdział opisujący ślub i wesele we Wdzydzach. No to po prostu genialna opowieść, żeby ten rozdział zilustrować! I tu na wystawie są cytaty prosto z Gulgowskiego. A pasjonaci, można ich nazwać wariatami, czyli pracownicy, ich krewni, znajomi, ich dzieci, wnuki i kogo tam jeszcze udało się zaangażować z łapanki, biorą udział w takich sesjach.

Kasia: Czyli to są współczesne fotografie, które przedstawiają sceny z życia tamtych ludzi opisanych w książce przez Gulgowskiego?

Iwona: Dokładnie. Czyli jest jakby zilustrowany rozdział techniką, którą robiło się zdjęcia w tamtych czasach. W strojach, w których tamci Kaszubi naprawdę chodzili. 

Kasia: Wszystko jest odtworzone?

Iwona: Tak!

Kasia: Niesamowity pomysł!

Iwona: Technika jest bardzo precyzyjna. Naświetla się i trzeba momentalnie to wywołać. Więc w trakcie sesji z tymi szkłami latał po muzeum sztab ludzi. Pracowaliśmy od piątej rano do drugiej w nocy. Bo kiedy aktorzy się rozjeżdżali, to my jeszcze to wszystko utrwalaliśmy, trzeba to było suszyć.

Kasia: Jak dokładnie powstają takie zdjęcia?

Iwona: Fotografie uzyskuje się przez zastosowanie mokrej płyty kolodionowej. Ta technika była bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych, w czasie wojny secesyjnej, bo można ją też było robić na metalu - wtedy nazywa się to ferrotypia. A w Europie powszechniejsza była technika na szkle i nazywa się ambrotypia. To jest genialne co nam się udało zrobić, ponieważ wszyscy się nabierają! 

Kasia: Myślą, że to są oryginalne fotografie z tamtych czasów?

Iwona: Tak. Na poprzedniej wystawie, kiedy jeszcze nie było podpisów, wpadła grupa zwiedzić muzeum. Pan Jasio stoi na drabinie i wiesza te fotografie, a ja tutaj opowiadam: „A to właśnie na tym zdjęciu jest pan Jasio.” Jasio na tej drabinie taki dumny, że to on na tym zdjęciu, a pan z grupy spojrzał na mnie, zrugał mnie tym wzrokiem i mówi: „Proszę pani, co pani opowiada! Przecież to są archiwalne fotografie!”

Kasia: Czy wszyscy pracownicy muzeum brali w tym udział?

Iwona: Wiele osób. Spotkacie ich państwo dzisiaj w terenie. To jest pan kowal, który się wcielił w rolę ojca panny młodej, ja byłam matką panny młodej. Ale opowiem Wam najlepszą historię. Ci młodzi – czyli panna młoda i pan młody, którzy występują na tych zdjęciach, już rok temu, gdy robiliśmy tę sesję, byli już autentycznie parą. Po roku się pobrali.

Kasia: Czyli sesja brzemienna w skutki?

Iwona: Dokładnie brzemienna, albowiem w czerwcu będzie potomek!

Gdzie znajdziesz wystawę tych fotografii?

Wystawę fotografii wykonanych techniką ambrotypii, o której rozmawiamy z Iwoną, zobaczysz po prawej stronie po wejściu do muzeum, gdy tylko miniesz kasy. Jest niesamowita. Nie dziwię się, że można się nabrać. Ty jednak znasz już sekret. Mam nadzieję, że podziwiając tę kolekcję i czytając opisy, nie tylko dowiesz się, jak przebiegało prawdziwe kaszubskie wesele, ale także docenisz zapał i pasję pracowników i dyrekcji muzeum, którzy mieli świetny pomysł i bardzo zaangażowali się w jego realizację.



Takie będą nasze muzea, jak ich pomysłów realizowanie

Z przyjemnością dzielę się z Tobą tą rozmową i swoją opinią na temat kierunku, w którym idzie skansen we Wdzydzach Kiszewskich. Wierzę, że przykład z niego wezmą także inne muzea. W świecie, w którym ludzie inaczej niż kilkadziesiąt lat temu odbierają komunikaty, inaczej przeżywają emocje, inaczej przyswajają wiedzę, kluczem do serca turysty jest obudzenie w nim na nowo odkrywcy.

Nie przez zakazy i nudne opisy. Nie przez mądre, okrągłe słowa, które zrozumie tylko profesor politechniki. Ale przez prosty przekaz, możliwość dotyku, zaskoczenie, zadziwienie, ciekawą narrację. Muzeum to nie jest miejsce tylko dla ludzi, którzy mają odwagę. Muzeum powinno być dla każdego. Bo wszystko może być ciekawe, jeśli tylko forma przekazu będzie ciekawa. We Wdzydzach Kiszewskich już to odkryli.

Czy znasz inne takie miejsca? Jeśli tak, daj znać gdzie one są. Chętnie je sprawdzimy i być może pokażemy jako pozytywne przykłady na blogu i na naszych szkoleniach dla branży turystycznej.

Spotkajmy się na Jarmarku Wdzydzkim

W najbliższy weekend 14-15 lipca we Wdzydzach odbywa się Jarmark Wdzydzki. To dobra okazja do tego, żeby odwiedzić wystawę i zobaczyć jak odżywa ten skansen. Mówią, że to największy jarmark na Kaszubach. Pojedziemy i sprawdzimy, czy to rzeczywiście prawda. Jeśli nie możesz być tam osobiście, to obejrzyj w weekend naszą relację na żywo na Instagram Stories.

Możesz też obejrzeć relację filmową ze zwiedzania skansenu w Archiwum IGTV. Zobacz jak świetnie się bawiliśmy we Wdzydzach:

Podoba Ci się pomysł na takie muzeum? Podaj dalej

Nasze przewodniki, wywiady i relacje z wycieczek po Polsce piszemy specjalnie dla Ciebie. Uwielbiamy przekazywać sprawdzone pomysły na wycieczki po Polsce. Podoba Ci się ten przewodnik? Będzie nam bardzo miło, jeśli podasz go dalej znajomym w sieciach społecznościowych. Dzięki!

KOLEJNA RELACJA Starszy post

KOMENTARZE

Daj znać co myślisz :) Dodaj komentarz w polu poniżej lub przewiń w dół i skomentuj przez Facebooka.

Ruszaj w Drogę?

Czytasz największy blog podróżniczy o Polsce. Znajdziesz u nas ponad 400 pomysłów na wycieczki i pokażemy Ci gdzie pojechać i co warto zobaczyć w Polsce. Miejsca sprawdzamy i zwiedzamy osobiście. Polecamy spis A-Z ciekawych miejsc i wyszukiwarkę.

KASIA I MACIEJ MARCZEWSCY

Od 10 lat #wDrodze, a od pięciu prowadzimy największy blog podróżniczy o Polsce. Jesteśmy pozytywnie zakręceni na punkcie polskiej turystyki.

KLUB RUSZAJ W DROGĘ!

Prowadzimy prezentacje, warsztaty i spotkania podróżnicze. Opowiadamy o polskich regionach i dzielimy się naszymi pomysłami na podróże po Polsce.

FUNDACJA RUSZAJ W DROGĘ!

Promujemy polską turystykę w Polsce, pomagamy organizacjom turystycznym w dotarciu do nowych turystów i prowadzimy warsztaty branżowe.